niedziela, 21 lipca 2013

Węgierski Liszt - w podzięce za Kofana Annana

   Sąsiedzi wrócili z wakacji i podziękowali butelką wina za opiekę nad kotem. Rzeczony czarny diabeł wabi się Kofan (co wydało mi się emanacją zarówno rasizmu Sąsiadów, jak i ich protekcjonalnego traktowania przedstawicieli partii populistyczno-ludowych). Pilnowanie go było pasmem udręk i stresów, począwszy od pierwszego dnia, kiedy zrobioną przeze mnie w dobrej wierze papierową kulkę na sznureczku pożarł, co skończyło się wizytą u weterynarza i paranoją, że sznureczek zadzieżgnie mu się wokół kiszek, a potem nerwowym wypatrywaniem "co nowego w kuwecie"...
   Drugiego dnia Kofan wypadł z okna, trzeciego dostał rozwolnienia. Cud, że Sąsiedzi nie kapnęli się, że oddaliśmy im wybrakowanego kota.

   Wino Liszt przywiezione z Węgier okazało się czerwone, półsłodkie i adekwatne do poziomu opieki, jaką otoczyliśmy Kofana. Czyli niestety słabiaszcze. Gdzie mu tam do Mogen David, którym zadebiutował ten blog. Coś tam niby słodką śliwką zaleciało, gardła nie podrapało, ale było męczące w odbiorze i dość grubo ciosane, co niestety jest wadą prawie wszystkich win bułgarsko-węgiersko-mołdawskich. Czy to jest kwestia niezbyt jeszcze wyrobionych tradycji winiarskich w owych krajach? Tego nie wiem, ale mam nadzieję, że za rok Sąsiedzi pojadą do Włoch, a najlepiej do Kalifornii.

   Liszt Feledes Vorosbor (Wino czerwone). Cena nieznana. Nie polecam.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Santa Carolina Chardonnay - przez wzgląd na Alanis

   Pierwsze wino, jakie kiedykolwiek piłem, było ze szczepu Chardonnay. Przez jakiś czas piłem wyłącznie Chardonnay, przekonany, że to kwintesencja dobrego smaku, ponieważ o tym winie śpiewała Alanis Morissette w swoim słynnym Ironic (a raczej o czarnej musze, która wpadła do kieliszka).
   Kłopot w tym, że prawie każde Chardonnay, które piłem, było okropne. Miało wyraźnie wyczuwalną nutę rozpuszczalnika, jakąś sztuczność w smaku, która wykrzywiała gębę i skutecznie zniechęciła mnie do tego szczepu, jak nie do białych win w ogóle.


   A tu miła niespodzianka. Pod koniec mojego słomianego weekendu wpadła do mnie z niezapowiedzianą wizytą Czubata. Z butelką Santa Carolina, które okazało się niemal w stu procentach wolne od posmaku rozpuszczalnika. Miało za to wyraźnie wyczuwalny finisz grejpfrutowy, a więc kapkę gorzki, co tylko dodawało mu charakteru. Ogólnie było bowiem delikatne, takie jakby niezauważalne i bez problemu wchodziło w większych ilościach...


   Dobre wino równa się przyjemny wieczór. Czubata wspina się, więc długo rozmawialiśmy, a właściwie spieraliśmy się o ostatnie wypadki (dosłownie) w Himalajach i Karakorum. Przyznaję się bez bicia, że dość sceptycznie podchodzę do pasji, jaką jest wspinaczka wysokogórska. Gdyby, przyjęta przecież arbitralnie, dlugość metra była o jeden nawet centymetr większa, to Broad Peak i Gaszerbrum nie byłyby ośmiotysięcznikami. Ale to temat na inną rozmowę i innego bloga.
  
   Santa Carolina Chardonnay. Chile, ok. 24 zł. Warte swojej ceny. 

sobota, 13 lipca 2013

California Dream - sen, który zmienił się w koszmar, a pobudka była nie lepsza

   Zostałem słomianym wdowcem na weekend i postanowiłem uczcić to lampką czerwonego wina. Coś w stylu wisienki na torcie ciszy, spokoju i relaksu. Wybór padł na czerwone California Dream, które okazało się sygnowanym przez Tesco szczepem Zinfandel. Motylek beztrosko trzepoczący na etykiecie idealnie pasował do sytuacji (pomijając oczywiście tę część jego działalności związaną ze skakaniem z kwiatka na kwiatek).


  Ca-li-for-nia drea-ming... Oczyma wyobraźni już widziałem siebie puszczającego kolorowe latawce na plaży w Santa Monica. Skończyło się jednak na puszczaniu pawia (no, prawie).

   Wino początkowo wydało się znośne, ale z każdym łykiem coraz bardziej zaciskało gardło nadmiarem siarczyn. Okazało się też płaskie w smaku. Śmieszą mnie nadęte i złożone przymiotniki używane przez pseudo-koneserów, ale nie da się ukryć, że wino to nie sok i dziwne jest, jeśli cały czas i w każdym momencie degustacji smakuje tak samo. Pozbawione niuansów California Dream jest idealnie jednorodne jak serek homogenizowany. Za to kaca daje niezrównanego, niestety nie moralnego, ale jak najbardziej namacalnego, w okolicach skroni, mimo że ponad pół butelki poszło do zamrażalnika a konto przyszłej marynaty do mięsa.

   Chyba to opatrzność czuwała nade mną i postanowiła obrzydzić mi uroki życie singla.

   California Dream, selected by Tesco. Czerwone, cena ok. 24 zł (śmiech na sali). Stanowczo odradzam.

piątek, 12 lipca 2013

Mogen David


   To sympatyczne i smaczne wino uratowało mi życie. Nie, nie boję się użyć tego słowa. Wprawdzie tak przyziemny przymiotnik jak “smaczny” nie przystoi do opisu wina, ale w tym wypadku pasuje jak ulał. Mogen David jest słodkie (moim zdaniem błędnie opisywane jako “półsłodkie”) i intensywnie pachnie ciemnymi winogronami. W smaku i zapachu w ogóle nie wyczuwa się alkoholu, więc złośliwi powiedzieliby, że to nie wino.


   Pod pojęciem ratowania życia rozumiem naprawienie relacji z Teściową, bo właśnie na proszony obiad u Teściów je zabrałem. Lody pękły już przy pierwszym kieliszku. Teściową rozpływała się w zachwycie, jakaż to delikatna słodycz spływa jej po gardle. Przypomniała sobie czasy młodości i wino mszalne, jakim uraczył jej wycieczkę studencką jakiś pop znad Popradu czy też ksiądz z Książu... A mnie się wydaje, że mógł to być rabin z Rabki, bo wprawdzie wino pochodzi z USA, ale jest koszerne (w związku z tym abp. Hoserowi raczej nie polecam). Przy trzecim kieliszku Teściowa zaproponowała mi miejsce w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Bródnowskim. Wprawdzie leży na nim obecnie wuj Feliks, ale jeśli pożyję jeszcze jakieś dwadzieścia lat, będę mógł go zastąpić.

   Muszę przyznać, że takiego obrotu spraw się nie spodziewałem. Jedną butelką załatwiłem Teściową oraz miejsce wiecznego spoczynku.

   Mieszanka win z przewagą szczepu Concord. Do nabycia w większości dużych sklepów (ja kupiłem je w Tesco) w cenie ok. 25 zł. Polecam.