poniedziałek, 15 lipca 2013

Santa Carolina Chardonnay - przez wzgląd na Alanis

   Pierwsze wino, jakie kiedykolwiek piłem, było ze szczepu Chardonnay. Przez jakiś czas piłem wyłącznie Chardonnay, przekonany, że to kwintesencja dobrego smaku, ponieważ o tym winie śpiewała Alanis Morissette w swoim słynnym Ironic (a raczej o czarnej musze, która wpadła do kieliszka).
   Kłopot w tym, że prawie każde Chardonnay, które piłem, było okropne. Miało wyraźnie wyczuwalną nutę rozpuszczalnika, jakąś sztuczność w smaku, która wykrzywiała gębę i skutecznie zniechęciła mnie do tego szczepu, jak nie do białych win w ogóle.


   A tu miła niespodzianka. Pod koniec mojego słomianego weekendu wpadła do mnie z niezapowiedzianą wizytą Czubata. Z butelką Santa Carolina, które okazało się niemal w stu procentach wolne od posmaku rozpuszczalnika. Miało za to wyraźnie wyczuwalny finisz grejpfrutowy, a więc kapkę gorzki, co tylko dodawało mu charakteru. Ogólnie było bowiem delikatne, takie jakby niezauważalne i bez problemu wchodziło w większych ilościach...


   Dobre wino równa się przyjemny wieczór. Czubata wspina się, więc długo rozmawialiśmy, a właściwie spieraliśmy się o ostatnie wypadki (dosłownie) w Himalajach i Karakorum. Przyznaję się bez bicia, że dość sceptycznie podchodzę do pasji, jaką jest wspinaczka wysokogórska. Gdyby, przyjęta przecież arbitralnie, dlugość metra była o jeden nawet centymetr większa, to Broad Peak i Gaszerbrum nie byłyby ośmiotysięcznikami. Ale to temat na inną rozmowę i innego bloga.
  
   Santa Carolina Chardonnay. Chile, ok. 24 zł. Warte swojej ceny. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz