Zostałem słomianym wdowcem na weekend i postanowiłem uczcić to lampką czerwonego wina. Coś w stylu wisienki na torcie ciszy, spokoju i relaksu. Wybór padł na czerwone California Dream, które okazało się sygnowanym przez Tesco szczepem Zinfandel. Motylek beztrosko trzepoczący na etykiecie idealnie pasował do sytuacji (pomijając oczywiście tę część jego działalności związaną ze skakaniem z kwiatka na kwiatek).
Ca-li-for-nia drea-ming... Oczyma wyobraźni już widziałem siebie puszczającego kolorowe latawce na plaży w Santa Monica. Skończyło się jednak na puszczaniu pawia (no, prawie).
Wino początkowo wydało się znośne, ale z każdym łykiem coraz bardziej zaciskało gardło nadmiarem siarczyn. Okazało się też płaskie w smaku. Śmieszą mnie nadęte i złożone przymiotniki używane przez pseudo-koneserów, ale nie da się ukryć, że wino to nie sok i dziwne jest, jeśli cały czas i w każdym momencie degustacji smakuje tak samo. Pozbawione niuansów California Dream jest idealnie jednorodne jak serek homogenizowany. Za to kaca daje niezrównanego, niestety nie moralnego, ale jak najbardziej namacalnego, w okolicach skroni, mimo że ponad pół butelki poszło do zamrażalnika a konto przyszłej marynaty do mięsa.
Chyba to opatrzność czuwała nade mną i postanowiła obrzydzić mi uroki życie singla.
California Dream, selected by Tesco. Czerwone, cena ok. 24 zł (śmiech na sali). Stanowczo odradzam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz